Tagi

, , , , , , ,

Terry Bamber to najszczęśliwszy fan Jamesa Bonda, który miał szczęście pracować na planie siedmiu filmów o agencie 007, z trzema aktorami wcielającymi się w postać najsłynniejszego agenta na świecie. Wspaniały rozmówca, który zgodził się podzielić swoimi filmowymi doświadczeniami i odsłonić kulisy pracy na planie filmów o Bondzie.


CZĘŚĆ 1: OD FILMU „CZŁOWIEK ZE ZŁOTYM PISTOLETEM” DO
„ŚMIERĆ NADEJDZIE
JUTRO”

 

Piotr Zając (kulisybonda): Pierwszy film o Jamesie Bondzie, na planie którego Pan pracował, to „Człowiek ze złotym pistoletem”. Było to dość dawno temu.

Terry Bamber: Tak, to był rok 1974. Właśnie zdałem maturę i mój ojciec, który jeśli dobrze pamiętam pracował wtedy w studiu Pinewood na planie filmu Walta Disneya „One of Our Dinosaurs Is Missing”, powiedział do mnie: „Zakończyłeś edukację, teraz czas na znalezienie ci pracy”. Miałem wielkie szczęście. Ojciec poprowadził mnie głównym korytarzem w starym budynku. Pierwsze biuro do którego weszliśmy należało do Claude’a Hudsona, kierownika produkcji na planie filmu „Człowiek ze złotym pistoletem”. Ojciec znał Clade’a od wielu lat. Szczęśliwie dla mnie młody człowiek, który był gońcem, właśnie otrzymał dokumenty umożliwiające mu rozpoczęcie pracy na stanowisku trzeciego asystenta reżysera. Potrzebny był ktoś na jego miejsce od najbliższego poniedziałku. Tak dostałem pracę. Mój ojciec pracował na planach wcześniejszych filmów o Jamesie Bondzie, a ja uwielbiałem te filmy i nagle dostałem szansę pracy na planie jednego z nich. Spotkanie Sir Rogera Moore’a to było niezwykłe przeżycie. Na planie jako asystent reżysera pracował także Derek Cracknell, również wieloletni znajomy mojego ojca. Bardzo miły człowiek. To było wspaniałe przeżycie.

Czy to prawda, że kupował Pan kanapki dla Sir Rogera Moore’a?

Tak. Pierwszego dnia powiedziano mi, że Sir Roger Moore lubi na koniec dnia zjeść kanapki z kurczakiem w ciemnym pieczywie. Moim pierwszym zadaniem było pójście do restauracji, w której te kanapki przygotowywano. W tamtym czasie nie pakowano ich, nie owijano papierem ani folią.  Poszedłem sam do garderoby Sir Rogera Moore’a. Byłem tak zdenerwowany, że drżały mi ręce, kolana stukały o siebie. Zapukałem do drzwi i wydaje mi się, że otworzył asystent, a Sir Roger był w głębi pomieszczenia. Kiedy na mnie spojrzał zacząłem się trząść jak galareta i kanapki wypadły mi z rąk. Mój ojciec pracował z nim na wielu planach filmowych, między innymi podczas pracy nad filmem „Człowiek, który prześladował samego siebie”, który był ulubionym Sir Rogera. Ojciec był wtedy drugim asystentem reżysera. Sir Roger angażował go do pracy w drugiej ekipie w produkcjach takich jak „Partnerzy”. To był wspaniały aktor i człowiek.

Pana ojciec pracował na planie pierwszego filmu o Jamesie Bondzie zatytułowanego „Dr No”?

Tak. W tamtym czasie studio filmowe Pinewood miało własne, rozbudowane zaplecze, które wspierało produkowane tam filmy. Ojciec był wtedy rekwizytorem. Zajmował się rekwizytami biorącymi udział w filmowanych scenach i przygotowywał je przed wejściem ekipy, albo czekał w gotowości za kulisami z rekwizytami przygotowanymi dla grających aktorów.  Wydaje mi się, że na planie filmu „Dr No” przygotowywał rekwizyty na scenie przed rozpoczęciem zdjęć, podobnie jak w „Pozdrowieniach z Rosji”. Pamiętam, że podczas pracy na planie „Żyje się tylko dwa razy” zabrał mnie i moją siostrę do studia, żebyśmy zobaczyli dekorację wulkanu,  najbardziej niesamowitą rzeczą jaką w życiu widziałem.

Czy to był Pana pierwszy kontakt z Jamesem Bondem?

Nie. Moje pierwsze wspomnienie dotyczy muzyki. Wydaje mi się, że to był rok 1965, rok po wejściu na ekrany filmu „Goldfinger”. Ojciec pracował w Hiszpanii na planie filmu „Wojna w Algierze”. W Madrycie udało nam się kupić singiel Shirley Bassey „Goldfinger”, który na okrągło puszczaliśmy. To muzyka mnie wciągnęła, muzyczny motyw Jamesa Bonda. Pierwszym filmem z Bondem, który obejrzałem w kinie, była „Operacja Piorun”. Oczywiście nie załapałem się na „Goldfingera”, „Pozdrowienia z Rosji” oraz „Dr No”, które na dużym ekranie obejrzałem później. Wydaje mi się, że pod koniec lat sześćdziesiątych, na początku siedemdziesiątych, w kinach pokazywano w pakiecie „Dr No” i „Goldfinger” oraz „Pozdrowienia z Rosji” z „Operacją Piorun”. Wspaniałe filmy.

Jakie były Pana inne zadania na planie filmu „Człowiek ze złotym pistoletem”?

W tamtym czasie moim głównym zadaniem było roznoszenie wszystkim planu pracy na następny dzień. Wtedy plany pracy były drukowane przy użyciu szablonu założonego do maszyny drukującej.  To był koszmar, ponieważ szablony zawsze były poszarpane i trzeba było pilnować, żeby je równo ułożyć, tusz nie rozprowadzał się równomiernie na arkuszach. W tamtych czasach studio zamykano o 17.30. W pośpiechu starano się wszystko wydrukować do 17, a ja potem miałem pół godziny, żeby obejść całe studio i rozdać wszystkich plan pracy na kolejny dzień. Na planie filmu „Człowiek ze złotym pistoletem” miałem po raz pierwszy szansę pracy z drugą ekipą przy sekwencji rozpoczynającej film z pojedynkiem Scaramangi. Moim zadaniem było zasygnalizowanie Sir Christopherowi Lee kiedy miał wejść do akcji i strasznie byłem z tego powodu zdenerwowany. Na szczęście Sir Lee powiedział, że nie muszę mu pomagać, bo sam wie kiedy ma wkroczyć. Niezależnie co robiłem, „Człowiek ze złotym pistoletem” najwięcej dla mnie znaczył, bo miałem tylko 18 lat i to był pierwszy film o Bondzie, przy którym pracowałem. Po zakończeniu filmowania pomagałem jeszcze w sprzedaży rekwizytów oraz kostiumów i to było również fascynujące, ale wpadłem na kawałek drewna, z którego drzazga trafiła mnie w oko. Zamiast czekania na przyjazd karetki pan Broccoli wysłał po mnie swój samochód z kierowcą Roy’em, kolejnym wspaniałym człowiekiem. Tak więc zostałem zabrany do szpitala Wexham Park Rolls Royce’m pana Broccoli’ego. Później zaproszono mnie na mój pierwszy pokaz dla ekipy filmowej, na projekcję filmu „Człowiek ze złotym pistoletem”, w listopadzie 1974. Najpierw musiałem zdać egzamin na prawo jazdy. Na szczęście udało mi się to tydzień przed projekcją. Odbyła się ona na terenie studia filmowego Pinewood w pomieszczeniu zwanym Theater 7, którego nazwa została później zmieniona na John Barry Theatre, na cześć Johna Barry’ego. W 2014 roku miałem tam swój benefis z okazji 40 lat pracy w przemyśle filmowym. Było to także uczczenie mojej miłości do muzyki Johna Barry’ego i jego wkładu nie tylko do filmów o Jamesie Bondzie, ale również do filmów takich jak: „Tańczący z wilkami”, „Pożegnanie z Afryką”, „Teczka Ipcress”. Wspaniała muzyka.

Słyszałem historię o Pana kolacji z Johnem Barry’m.

To był kolejny żenujący wieczór. Filmowaliśmy wtedy „Śmierć nadejdzie jutro”, z Vic’em Armstrongiem na stanowisku reżysera drugiej ekipy. Zawsze chciałem zagrać w scenie „lufowej”. Mieliśmy wtedy świetny zespół od rekwizytów, który zbudował małą lufę poruszaną za pomocą lin. Mogłem przed nią przejść, obrócić się, wycelować i strzelić mówiąc: „nazywam się Bond”. Ekipa od efektów specjalnych podłączyła węże doprowadzające śnieg i jak tylko skończyłem mówić skierowali je na mnie i całkowicie zasypali. Miałem wtedy na sobie swój jedyny garnitur, a tego wieczora wybierałem się do Stoke Poges, gdzie Variety Club zorganizowało przyjęcie na cześć Johna Barry’ego. Próbowałem szybko wyszczotkować swój garnitur, ale jak dotarłem na przyjęcie był twardy jak deska. Obawiam się, że tamtego wieczora wypiłem raczej sporo. Zbieraliśmy wtedy pieniądze na cele charytatywne. Jedną z nagród była kolacja z Johnem Barry’m i jego żoną Laurie. Lekko się zatoczyłem w kierunku pana Barry’ego. Rozpoczęła się licytacja, więc podniosłem rękę. Stawka szybko doszła do 500 funtów i zrezygnowałem z dalszego licytowania. Przy panu Barry’m siedziała Barbara Broccoli, która zaczęła podnosić moje ramię i tak zakończyłem licytację na sumie 1750 funtów, wygrywając kolację. Wracając do domu myślałem jak powiedzieć o tym mojej żonie. Wspólna kolacja okazała się jednak wspaniała, chociaż była też Barbara, która wciąż nazywała mnie prześladowcą Johna Barry’ego. Za każdym razem gdy chciałem coś powiedzieć powstrzymywała mnie, tak więc moja żona miło spędziła czas z Johnem Barry’m, a ja tylko sporadycznie miałem okazję się dołączyć. Mogę jednak powiedzieć, że on i jego żona byli bardzo mili. Spotkałem ich później jeszcze kilka razy dzięki mojemu przyjacielowi, muzykowi w English Chamber Orchestra, z którą pan Barry nagrywał filmową muzykę. W 1999 roku mieli koncert w Royal Albert Hall w Londynie i w Birmingham. Dostałem przepustkę umożliwiającą wejście za kulisy, dzięki czemu przysłuchiwałem się próbom przed koncertem w Royal Albert Hall. Spotkałem wtedy panią Barry, która była niezwykle uprzejma. Mój przyjaciel z orkiestry przedstawił mnie Johnemu Barry’emu. Zaczęliśmy rozmowę o „Człowieku ze złotym pistoletem”, ale pan Barry nie chciał rozwijać tego tematu. Wydaje mi się, że miał mało czasu na skomponowanie muzyki do tego filmu. Uważam że jest świetna, ale chyba nie należy do jego ulubionych. John Barry był geniuszem w tym co robił. W filmie „W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości” każdy fragment muzyki jej po prostu magiczny. To powoduje, że oglądanie tego filmu jest fantastycznym doświadczeniem.

Pana następnym filmem było „Jutro nie umiera nigdy”.

Tak. Pracowałem z Callumem McDougallem w 1996 roku na planie filmu „101 dalmatyńczyków”. Kiedy rozpoczęto prace nad „Jutro nie umiera nigdy” grupa odpowiedzialna za modele/miniatury pojechała do Rosarito w Baja w Kaliforni, żeby zrealizować ujęcia z modelami w studiu, w specjalnym zbiorniku wodnym. Callum zasugerował, że mógłbym spotkać się z Johnem Richardsonem, który miał te sceny reżyserować i może pojechać z ekipą jako asystent reżysera, albo kierownik produkcji. Ostatecznie pojechałem jako kierownik produkcji, a asystentem reżysera została osoba, która pracowała już w tym studiu na planie „Titanica”. To było ekscytujące, ponieważ dla mnie to był pierwszy wyjazd do Ameryki. Miałem okazję pojechać do Los Angeles, żeby zorganizować oświetlenie i wyposażenie potrzebne na planie. Szefem studia w Rosario, sympatyczny człowiek o imieniu Charlie, był tam w trakcie produkcji „Titanica”. Dostałem biuro po Jamesie Cameronie. Kiedy oni skończyli, my rozpoczęliśmy pracę i ja wprowadziłem się do jego biura, co było całkiem miłe. Kiedy pracuje się nad ujęciami z modelami nie ma stresu związanego z zajmowaniem się aktorami i wszystkimi problemami z tym powiązanymi. Można się było skoncentrować na zespole i uzyskaniu wspaniałych ujęć. Uważam, że sceny z miniaturami w „Jutro nie umiera nigdy” są wspaniałe – niewidzialne dla radarów łodzie, zatonięcie fregaty i inne. Muszę za to podziękować Callumowi. Potem był „Świat to za mało”, w którym Vic Armstrong reżyserował drugą ekipę. Pracowałem w Afryce Południowej z Hugh Hudsonem na planie filmu „Marzyłam o Afryce” z Kim Basinger. Dostałem telefon z pytaniem, czy nie byłbym zainteresowany pracą w „Świat to za mało”. Powiedziałem: „Oczywiście, pewnie że byłbym zainteresowany”. Kiedy wróciłem do Anglii miałem rozmowę z Vic’em i Terrym Maddenem, który był pierwszym asystentem Vic’a. Znałem Terry’ego od 1975. Ja byłem gońcem na planie, a on trzecim asystentem reżysera w filmie Walta Disney’a zatytułowanego „Pit Ponies”, którego tytuł zmieniono później na „Escape from the Dark”. Tak więc znaliśmy się dość długo. To dobry przyjaciel. Tak trafiłem na plan filmu „Świat to za mało”. Kręciliśmy wspaniałą sekwencję w Chamonix oraz niesamowity pościg na Tamizie. Uważam, że  „Świat to za mało” jest niedocenianym filmem. Jest tam sporo wspaniałych elementów. Pościg motorówkami jest po prostu fantastyczny.

Czy pracował Pan przy tych sekwencjach?

Tak. Pracowałem w Chamonix, a potem byłem odpowiedzialny za drugą ekipę podczas kręcenia na Tamizie. Nie wiem, czy widziałeś rozszerzoną wersję tej sekwencji na dwupłytowym wydaniu DVD. Występuję w niej. Zagrałem francuskiego kelnera, który musiał uskoczyć, gdy motorówka przebiła się przez restaurację, a później wpadła do Tamizy w pobliżu budowli O2. Niestety cała sekwencja była zbyt długa, a moja gra aktorska tak kiepska, że ta scena nie trafiła do filmu. To była świetna zabawa.

Wydaje mi się, że zdobycie pozwolenia na filmowanie pościgu na Tamizie musiało być trudne.

Było dużo negocjacji. Mieliśmy wspaniały grupę odpowiedzialną za lokacje z Richardem Sharkey’em i Simonem Marsdenem. Pamiętam chodzenie na wiele spotkań, szczególnie związanych z budowlą O2. Zbliżał się koniec roku 2000 i szykowano ją na wejście w nowe millenium. Motorówki przepływały obok budynku parlamentu. Pamiętam, że jeden z parlamentarzystów narzekał na ich hałas. Powiedziano mu, że film o Jamesie Bondzie jest wspaniałą wizytówką Wielkiej Brytanii na całym świecie i że ma być cicho.

Podczas filmowania w Chamonix warunki pogodowe nie były dobre?

Tak, straciliśmy dużo czasu. Wydaje mi się, że nieszczęśliwie prawie 50 osób straciło życie w różnych lawinach w czasie kiedy tam filmowaliśmy. Mieliśmy dużo przestojów, a potem nadganialiśmy stracony czas. Wydaje mi się, że mieliśmy filmować 10 dni z rzędu, gdyby pogoda na to pozwalała, ale oczywiście musieliśmy dbać żeby ekipa była wypoczęta. Niestety pogoda była wtedy okropna. Nie wiem czy pamiętasz, ale tydzień po naszym powrocie w tunelu pod Mont Blanc wybuchł pożar, w którym zginęło wiele ludzi. To był bardzo trudny czas, ale Francuzi byli bardzo mili i dbali o nas. Pamiętam, że członkowie ekipy tęsknili za angielskimi kiełbaskami i musieliśmy prosić ludzi przyjeżdżających ze studia Pinewood pod Londynem do Chamonix, żeby przywozili ze sobą kiełbaski. W tamtym czasie ruszyły linie kolejowe Virgin. Wśród pasażerów chodzili ludzie zwani „Rocket Men”, którzy mieli specjalne plecaki z zasobnikami gorącej herbaty, kawy oraz czekolady. Pomyśleliśmy, że moglibyśmy użyć takich zasobników dla naszej ekipy. Wyposażyliśmy w nie zespół bardzo dobrych, lokalnych narciarzy, którzy rozwozili posiłki na planie w plecaki takie jak nosili „Rocket Men”. Dowozili zupę i wodę dla kamerzystów i dla wszystkich ludzi z ekipy znajdujących się w różnych miejscach na stoku. Całkiem nieźle się to sprawdziło. Mieliśmy tam bardzo złą pogodę, ale dopisywało nam szczęście, kiedy go potrzebowaliśmy.

Pana następny film to „Śmierć nadejdzie jutro”.

Filmowaliśmy sekwencję rozpoczynającą z poduszkowcami na poligonie w Aldershot, w niezwykle trudnych warunkach pogodowych. Nigdy nie widziałem takiego błota. Zaplanowane było filmowanie zbliżeń Pierce’a w terenie, ale pogoda była tak okropna, że zrobiliśmy tylko ujęcia referencyjne, a później filmowaliśmy już w studiu. Sekwencja z Islandii pokazuje według mnie jak wspaniale pracują scenografowie tacy jak Peter Lamont. Odtworzył góry lodowe w bazie RAFu w Rissington. Nie sądzę, żebyś rozróżnił które ujęcia powstały na prawdę na Islandii, a które sfilmowaliśmy w Rissington. Peter Lamont to tak wspaniały artysta jak Ken Adams. Obaj Ken i Peter Lamont pomogli w karierze mojemu ojcu, który bardzo chciał zostać asystentem reżysera. Pracował jak rekwizytor na planie filmu „Nasz cudowny samochodzik”, w którym Ken był scenografem. Wydaje mi się, że Peter był dekoratorem, albo dyrektorem artystycznym. Dali mojemu ojcu szanse pracy na stanowisku asystenta dekoratora, dzięki czemu dostał kartę związkową. Otrzymanie takiej karty znaczyło, że można było pracować na stanowisku asystenta reżysera. Popracował trochę na planie filmu „Nasz cudowny samochodzik” jako asystent dekoratora, później chwilę przy innym filmie jako asystent reżysera i ponownie wrócił do filmu „Nasz cudowny samochodzik”, do pracy przy sekwencji rozpoczynającej z wyścigiem reżyserowanym przez Petera Hunta. On z kolei był też świetnym montażystą wcześniejszych filmów o Bondzie oraz oczywiście reżyserem mojego ulubionego „W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości”.

Śmieszna historia wiąże się z przepustką, którą dostał Pan podczas filmowania „Śmierć nadejdzie jutro” na Islandii.

Toby Hefferman, który aktualnie jest bardzo dobrym pierwszym asystentem reżysera, był drugim asystentem podczas gdy filmowaliśmy „Śmierć nadejdzie jutro” na Islandii. Dla bezpieczeństwa wydawaliśmy przepustki upoważniające do wejścia na taflę lodową podczas filmowania. On na mojej przepustce napisał „człowiek od lodów”, bo bardzo nie chcieli wpuszczać mnie na lód, ponieważ ciągle się ślizgałem i upadałem. Wszyscy wiedzą, że uwielbiam lody i zawsze staram się je zorganizować na planie filmowym. Dlatego właśnie umieścili na mojej przepustce „człowiek od lodów” zamiast „kierownik produkcji”. To był dowcip ze strony Toby’ego i Terry’ego Maddena, który był pierwszym asystentem.

Czy były problemy z filmowaniem na lodzie?

Mieliśmy dużo szczęścia w pracy nad filmem „Śmierć nadejdzie jutro”. Kiedy mieliśmy już jechać na Islandię, aby nagrać sekwencję pościgu, okazało się że jezioro jeszcze nie zamarzło. Baliśmy się, że nie będzie odpowiednio zamrożone, gdy dotrzemy na miejsce. Polecieliśmy nawet na Alaskę w jeden weekend na rozpoznanie, aby sprawdzić, czy moglibyśmy ewentualnie tam filmować. Na szczęście jezioro zamarzło na tyle, że mogliśmy pracować na Islandii, choć ostatniego dnia zaczęło się topić. Mieliśmy dokładnie tyle czasu ile potrzebowaliśmy.

TERRY BAMBER POWRÓCI W: Wywiad z Terrym Bamberem – kierownikiem produkcji na planie filmów o Jamesie Bondzie. Część 2: Od „Casino Royale” do „Skyfall”.